poniedziałek, 16 października 2017

"Ognisty anioł"

"Ognisty anioł" Walerego Briusowa jest powieścią niezwykłą, jedną z moich ulubionych. Tą powstałą na przełomie XIX i XX wieku historię można analizować na różnych płaszczyznach, tj. zarówno historycznej, jak i psychologicznej, okultystycznej, jak również biograficznej. Pisarz niezwykle harmonijnie połączył swoją fantazję z motywami autobiograficznymi, fakty historyczne z głęboką, uczuciową relacją narratora.

Akcja powieści rozgrywa się w średniowiecznych Niemczech. Pisarz ukazuje, a właściwie odtwarza w utworze rzeczywistość niemiecką w czasie reformacji i wojny trzydziestoletniej pod względem wiedzy magicznej, historycznej oraz spirytystyczno-okultystycznej. Pomimo sięgania w swojej powieści do okultyzmu, chrześcijaństwa, średniowiecza, przywołując postać diabła, magów, nawiązując do inkwizycji, tak naprawdę przyciąga opisem uczucia. Miłość i namiętność są tu motorem działania i to one decydują o kolejnych wydarzeniach. Centrum powieści stanowi Renata - postać na wskroś tragiczna. Ukazanie jej postawy, niekonsekwencji zachowania, reakcji dowodzi niezwykłego talentu i pisarskiej kunsztowności Walerego Briusowa. Na stronach powieści "Ognisty anioł" możemy prześledzić całą historię jej życia od momentu spotkania tytułowego anioła.
 

Życie Renaty naznacza dwóch bohaterów powieści – Ruprecht oraz Henryk, jednak psychologiczny aspekt powieści zdaje się skupiać na relacji Renaty i Ruprechta, który jest narratorem powieści. Ruprecht wraca do ojczyzny po dziesięcioletnim wojowaniu, jako lancknecht. Zatrzymując się w gospodzie poznaje młodą kobietę Renatę. Okoliczności ich spotkania są, co najmniej, niespotykane. Pierwszej nocy Ruprecht zostaje obudzony przez krzyki dobiegające z sąsiadującego pokoju, które okazują się należeć do Renaty nawiedzanej przez demony. Spotkanie dwojga nieznajomych staje się początkiem ich wspólnej historii. Młodzi ludzie postanawiają wspólnie udać się w dalszą drogę, podczas której Ruprecht poznaje historię życia Renaty. Okazuje się, że Renata od wczesnego dzieciństwa ma widzenia anioła w ognistej poświacie - Madiela, z którym w czasie snu podróżowała, z którym rozmawiała, i w którym w końcu się zakochała. Anioł będąc nagabywany seksualnie przez kobietę obiecuje, że następnym razem ukaże się jej pod postacią mężczyzny. W ten sposób poznanego wkrótce hrabiego Henryka utożsamia z ziemską postacią ukochanego Anioła. Para zamieszkuje razem mimo, iż Henryk nigdy nie przyznał się do bycia wcieleniem Madiela. Niestety, wkrótce hrabia porzuca Renatę, która po tych wydarzeniach, będących dla niej prawdziwą traumą, zaczyna odczuwać ataki demonów. Poznanie Ruprechta wzbudza w niej nadzieję na odnalezienie ukochanego, dlatego postanawia w dalszą drogę udać się razem z nowo poznanym, zafascynowanym nią mężczyzną...

Historia napisana przez Walerego Briusowa, osadzona w Średniowiecznych Niemczech jest inspirowana zdarzeniami z życia autora, a dokładnie jego romansu z Niną Pietrowską, kobietą naprawdę niesamowitą dlatego szczerze polecam jej biografię - "Ognisty anioł. Historia Niny Pietrowskiej – muzy rosyjskich symbolistów" Liliany Kern.

"Ognisty anioł" to jedna z moich ulubionych powieści. Niesamowita, nietuzinkowa, wciągająca historia miłości z szaleństwem, inkwizycją, światem nadprzyrodzonym w tle. Muszę jednak uprzedzić, że duża część powieści toczy się w podróży i znajduje się tu wiele bardzo długich jej opisów. Mnie to jednak nie zniechęcało do czytania. Kobieta, którą Briusow w powieści opisuje jest tak intrygująca, opis jej zachowania, wszystkie niuanse z tym związane były dla mnie tak niezwykle intrygujące i ciekawe, że powodowały, iż od lektury nie mogłam się oderwać. Autor nie szczędzi czytelnikowi naturalistycznych relacji ataków, jakim ulegała bohaterka, ani też szczegółowych opisów skrajnych zmian jej stanów psychicznych, przywodzących na myśl postępującą chorobę psychiczną. Od tej książki mimo pewnych dłużyzn nie można się oderwać.

Na koniec jeszcze tylko ciekawostka. Mimo, iż miałam egzemplarz w języku rosyjskim to jednak postanowiłam kupić jej polski przekład, (świetne tłumaczenie Elżbiety Wassongowej i posłowie Rene Śliwowskiego). W żadnej księgarni oczywiście jej nie było, dostępna była jedynie w antykwariatach i na allegro, z którego i ja skorzystałam. Okazało się, że przesyłka była 3xdroższa niż sama powieść...                                                        POLECAM!
 

Ocena 9/10

wtorek, 10 października 2017

"Namiętna gra"

"Seksowna i zabawna opowieść o tym, dlaczego warto dać sobie drugą szansę"

"Namiętna gra" rzeczywiście jest książką seksowną i zabawną. Erotyk w wersji komediowej, w bardzo przyswajalnej formie. Książka ta, z rudowłosą kobietą na okładce, jest opowieścią o kobiecie, która przekroczyła już 30, ale dopiero teraz ma odwagę spełniać swoje marzenia. 

Grace Sheridan, czyli główna bohaterka powieści Alice Clayton, od zawsze marzyła o aktorstwie, niestety niepowodzenia załamały ją i z podkulonym ogonem opuściła Hollywood i wróciła do rodzinnego domu. Po latach jednak powraca, aby jako kobieta dojrzalsza, świadoma swoich pragnień, spełnić marzenia. Z pomocą swojej przyjaciółki - agentki, pracującej w Los Angeles postanawia rozpocząć - od nowa - wyścig po swoje marzenia.


Bohaterka, jak i jej przyjaciółka to dwie zwariowane kobiety, których teksty nierzadko doprowadzały mnie do wybuchów śmiechu. "To ona namówiła mnie do kupienia tych cholernych spodni, choć wiedziałam, że minęły już czasy, kiedy mogłam z dumą nosić taki fason. (...) - Okay, wstrzymaj oddech - powiedziała, chwytając za guzik od spodni. Pociągnęłam z całej siły zamek, i w końcu udało mi się go zapiąć, choć na moment zabrakło mi tchu. - Mój Boże. Myślę, że właśnie pękła mi macica. Tak, na pewno pękła - jęknęłam." Poszukiwanie pracy, czyli spełnienia marzeń o pracy aktorki odbywa się równolegle z pogłębianiem znajomości ze znacznie młodszym, sławnym już aktorem.

Rodzący się związek Grace i Jacka jest pełen namiętności, ale i humoru. Grace mimo, iż często ma wątpliwości i chwile słabości to jednak posiada również siłę, przekorę i urok osobisty, które sprawiają, że fanki, czy inne kręcące się wokół Jacka kobiety, nie maja z nią żadnych szans. Między bohaterami nie czuć ogromnej chemii, nie jest to też miłość romantyczna, poruszająca serca, ale z pewnością ich związek dostarcza pozytywnych emocji i ... śmiechu, mimo, iż momentami historia troszkę się dłużyła.

Na okładce widnieje zdanie, iż jest to rudowłosa wersja Bridget Jones i muszę przyznać, że coś w tym jest. Czytając, naprawdę świetnie się bawiłam. Nie znałam do tej pory twórczości Alice Clayton, ale po tej książce z pewnością sięgnę po inne jej powieści. Autorka z niezwykłym wdziękiem i poczuciem humoru prowadzi fabułę i nakreśla bohaterów, którzy nie są nieskazitelni, ale realni, ze swoimi wadami i słabościami, które w przypadku głównej bohaterki są jej największym atutem. Chichot przy tej historii, mimo, iż znajdziemy tu parę 'dramatów', które spotykają bohaterkę, jest nieodłącznym elementem czytania.

Podsumowanie: Zabawna, erotyczna powieść, która nie żenuje, ale poprawia nastrój. Bohaterowie, którzy wzbudzają sympatię i dialogi, które autentycznie rozbawiają. Lekka, łatwa i przyjemna lektura na samotne, deszczowe wieczory.
Ocena:6,5/10

sobota, 7 października 2017

Kreatywnie z przedszkolakiem

Jesień sprzyja chorobom, a ta zazwyczaj kończy się uziemieniem w domu. Warto sprawić, aby ten czas był dla dziecka atrakcyjny. Wystarczy trochę wyobraźni, jakieś niepotrzebne kartony, klej i inne przybory plastyczne, a dziecko ma zapewnioną świetną zabawę i to ze swoim ukochanym rodzicem. Rzeczy, które powstaną nie muszę być idealne, tutaj liczy się wspólnie spędzany czas i dobra zabawa. Efekt końcowy to tylko miły dodatek, z którego na pewno będzie dumne, i którym chętnie (przez jakiś czas) się pobawi.

1. Rybki w słoikowym akwarium
Jako, że nie mamy w domu żadnego zwierzątka wszelkie próby jego stworzenia są dla mojej córeczki wspaniałą zabawą. Tym razem wymyśliłyśmy sobie rybki. Do ich zrobienia potrzebujemy bloku technicznego, kredek, nitki i igły. Rybki rysujemy na bloku, wielkość dostosowując do słoika, które zostanie naszym akwarium, i oddajemy dzieciom aby je pomalowały. U nas zamieszkały same złote:) Następnie wycinamy i przewlekamy nitkę. Nitki przyklejamy taśmą do zakrętki słoika. Po zrobieniu rybek zabieramy się za akwarium. Potrzebne będą koraliki, muszelki, inne ozdoby wg upodobań. Jeżeli nie mamy koralików możemy użyć soli do kąpieli. Ja oddałam tę część pracy córeczce, która sama sobie przyozdabiała akwarium, ograniczając się jedynie, po wykonaniu przez nią pracy, do zakręcenia słoika. I voila!

 
2. Kartonowy karmnik
Kolejnym zwierzątkiem, które u nas zamieszkało był ptaszek, dla którego zbudowaliśmy kartonowy karmnik. Do jego stworzenia potrzebowaliśmy: karton, nożyk,
farbki/mazaki/kolorowy papier. Ja wycięłam ścianki domku i wstawiłam półeczkę, a córeczka go poozdabiała. Następnie należy wydrukować bądź jak mamy zdolności narysować ptaszka z podstawką, która umożliwi mu stanie i gotowe:) Jeszcze prościej jeżeli mamy już zabawkę/pluszaka ptaszka, wtedy właściwie nie musimy już ni robić. Następnie można pobawić się z pokarmem dla naszego nowego pupila. Tzn. aby powstały śliczne kolorowe ziarenka należy wlać do naczynka ciepłą wodę i namoczyć w niej wybraną bibułę. Kiedy bibuła odda swój kolor wyjmujemy ją, odciskami i wyrzucamy, a do kolorowej wody w naczynku wrzucamy ryż i trzymamy go tam ok. 1 godzinę, od czasu do czasu mieszając. Im intensywniejszy będzie kolor wody tym intensywniejszy stanie się kolor ryżu. Odcedzony ryż, wykładamy na ręcznik kuchenny i pozostawiamy do wysuszenia i ziarenka dla ptaszka gotowe. Można też po prostu wysypać ryż, czy groch do malutkiego pojemniczka i również będzie dobrze.


3. Łóżeczko dla laleczki 
Aby zrobić proste, funkcjonalne łóżeczko dla większej laleczki wystarczy: karton po butach, sznureczek i koraliki, oraz papier kolorowy do wycinania ozdób
Dobrze jakby laleczka była na tyle mała/duża, żeby cała weszła nam do pudelka. Nasza była za dużo więc musieliśmy łóżeczko powiększyć poprzez odcięcie krótszej ściany, a następnie włożenie go do wieczka kartonu. Dziurkaczem zrobiliśmy 2 dziury po obu bokach i przewlekliśmy sznureczek z koralikami, aby laleczka miała się czym bawić ;) Pozostało zrobienie podusi i kołderki, a także ozdobienie wierzchu łóżeczka, czym oczywiście zajęła się córeczka. Łóżeczko było gotowe, a lala i córcia szczęśliwe i gotowe do zabawy.
 

4. Las w domu
Będąc chorym w domu wzrasta nasza ochota na spacery. Gdy jednak mamy gorączkę albo po prostu czujemy się naprawdę osłabienie i wyjście nie jest możliwe - zaprośmy las do siebie. Potrzebny będzie kawałek kartonu, papier kolorowy, nożyczki, klej, plastelina. Na podstawie, czyli kawałku kartonu naklejamy papier kolorowy - to nasza trawka. Z prostopadłego kawałka tego samego zielonego wycinamy rowki i naklejamy na naszej trawce. Robimy drzewa (nasze podklejone jest także kartonem, aby stabilniej stało, na dodatek pożyczyliśmy do makiety drzewek z klocków), Z plasteliny wyczarowujemy zwierzątka, u nas króluje krecik i grzybki :)

  
Możemy kombinować i bawić się naszą wyobraźnią, a że dzieci z reguły uwielbiają prace manualne z przyjemnością będą nam towarzyszyły, ... a właściwie my im ;)
UDANEJ ZABAWY!

czwartek, 5 października 2017

Podsumowanie września

Lepiej późno niż wcale, zapraszam więc na podsumowanie minionego miesiąca.

We wrześniu wygrały wpisy kosmetyczne:
1. Najczęściej odwiedzaną i najchętniej komentowaną była recenzja tuszu Eveline, który zaskoczył mnie skutecznością i trwałością za naprawdę niską cenę. Zbliża się promocja w sklepach Rossmann polecam więc wypróbować na sobie, jeżeli jednak u Was się nie sprawdzi to przynajmniej pieniędzy nie będzie żal.  

2. Drugie miejsce zajęła moja subiektywna, bardzo szczera opinia o kampanii ambasadorskiej Le Petit Marseillais. Przestrzegam przed braniem udziału w akcjach, których regulamin nie pisze wprost o zadaniach, które czekają Was w zamian za dany produkt. Zrobienie filmików, zdjęć, w które trzeba angażować osoby trzecie, a następnie zamieszczać je na własnych publicznych profilach bez wcześniejszego uprzedzenia jest nie na miejscu. Była to moja pierwsza i ostatnia 'zabawa' z LPM.


3. Miejsce na ostatnim stopniu podium zdobyła opinia o książce "Skaza" Zbigniewa Zborowskiego. Książka, która zaskoczyła mnie swoją fabułą. Bardzo dobry kryminał, z którym z przyjemnością spędzałam wieczory. Gotowy scenariusz na dobry film.


4. Tuż za podium uplasowała się "Bezsenność" Moniki Siudy. Thriller psychologiczny, który wiele obiecywał, ale niewiele z tych obietnic spełnił. Duży potencjał, ale z przewidywalną akcją i drętwymi, nużącymi dialogami.

To wszystko było, a co będzie? Na pewno dalej będę pisała o swoich wrażeniach z przeczytanych książek, czy przetestowanych kosmetyków. Prawdopodobnie rozpocznę również nowy cykl o remontowaniu, ponieważ to obecnie spędza mi sen z powiek ;) Liczę na Wasze doświadczenie i dobrą radę :)

sobota, 30 września 2017

"Bezsenność"



Podobno nie powinno się oceniać książki po okładce... nie wiem jak Wy, ale dla mnie okładka jest bardzo ważna. Albo mnie przyciąga i chętnie czytam zarys fabuły, albo nawet na nią nie patrzę. Bardzo często pierwsze wrażenie jest oczywiście mylne. Ciekawa okładka kryje słabiutką, nudną książkę, a niepozorna ukrywa prawdziwy skarb, którego do ostatniej strony nie potrafię odłożyć. Okładka książki Moniki Siudy "Bezsenność" zdecydowanie należy do tych pierwszych. Kiedy ją zobaczyłam na bibliotecznej półce moja rękę sama się po nią wyrwała. Na okładce, ponad zamglonym, mrocznym lasem mamy twarz dziewczyny z krwawymi łzami. Mocna okładka, interesujący opis obiecujący dobrze napisany thriller psychologiczny zdecydowanie mnie przekonały do wypożyczenia.


"Bezsenność" opowiada o młodej kobiecie, która od pewnego czasu ma problem ze snem. Bezsenność Lidii bierze się z powracającego nocą koszmaru, w którym żegna się z nieznaną sobie kobietą, a po chwili zostaje zabrana i wywieziona przez kolejnych obcych ludzi. Dzięki bezsenności Lidia poznaje i nawiązuje przyjaźń z Igą, która również nie może spać. Przyjaciółka radzi jej aby skonsultowała się z psychologiem... Muszę przyznać, że już na samym początku sposób pisania autorki mnie zmęczył i zirytował. Przechodzenie przez bohaterów do sedna sprawy trwało czasem parę dobrych linijek, a nawet stron. Gdyby na tę przypadłość cierpiał tylko jeden bohater można by to przeboleć, ale w tej książce wszyscy albo się x czasu krygowali zanim opowiedzieli o problemie, albo upewniali po tysiąc razy, czy aby na pewno druga strona chce wziąć udział, usłyszeć itp. Kiedy okazało się, że nawet policjanci nie potrafią być konkretni, naprawdę zwątpiłam. Przerzucałam jedynie oczami od linijki do linijki, czy już przeszli do sedna, bo nerwowo nie byłam w stanie dokładnie tego czytać.

Mimo wyżej wskazanego minusa (dużego), do książki zaglądałam w każdej wolnej chwili, będąc ciekawą, co kryje się za powtarzającym się koszmarem bohaterki. Byłam chyba bardziej ciekawa niż sama bohaterka;). Jej sceptycyzm i niezdecydowanie były naprawdę drażniące. Monika Siuda w powieści nie ograniczyła się jednak tylko do jednego wątku. Równolegle toczą się tutaj inne sprawy. Koszmar bohaterki przeplata się z prowadzonym 'po godzinach' śledztwem w sprawie rytualnych mordów, mamy również wątek skorumpowanych policjantów i bogatego biznesmena, który nie cofnie się przed niczym. Wszystkie wątki poboczne autorka połączyła w zgrabną, logiczną całość. Szkoda jednak, że niektóre nie zostały przez nią solidniej wytłumaczone. W "Bezsenności" możemy liczyć na parę ciekawych zwrotów akcji, ale jednak większość tajemnic rozwiązujemy dość szybko. 

Podsumowanie: Autorka, niestety, nie uniosła swojego z pewnością niebanalnego pomysłu na powieść. "Bezsenność" jest rozwleczona i przedłużana przez nieciekawe, jałowe dysputy. Trzeba jednak oddać autorce, że bardzo zgrabnie łączy wszystkie wątki w logiczną całość i nie boi się radykalnych rozwiązań, za to plus. "Bezsenność" to historia z niewykorzystanym potencjałem, która pokazuje, że autorka ma to 'coś'. Z pewnością warto dać szansę kolejnym powieściom autorstwa Moniki Siudy.
Ocena 5,5/10 

czwartek, 28 września 2017

"Skaza"



Historia, która nie da Ci zasnąć przez kilka kolejnych nocy

Zbigniew Zborowski stworzył historię, w której przeplatają się losy wielu ludzi pozornie ze sobą w żaden sposób niezwiązanych. Autor bardzo dobrze łączy przeszłość z teraźniejszością dzięki czemu żadne z nich nie jest poszkodowane. Zarówno czasy minione, jak i wydarzenia dziejące się obecnie wciągają czytelnika na tyle silnie, że nie może się on oderwać od książki.
 
 
"Skaza" wydaje się być idealnym scenariuszem dobrego amerykańskiego filmu, który z przyjemnością bym obejrzała.

Zagłębienie tuż pod potylicą. Najsłabiej osłonięty mięśniami punkt kręgosłupa szyjnego.
Nawet lekkie uderzenie ostrym przedmiotem w to miejsce przerywa rdzeń kręgowy
i powoduje śmierć.
Tak zginęła młoda kobieta.
Tak zabić mógł tylko fachowiec.

Komu zależało na śmierci doktorantki Zakładu Fizyki Jądrowej?
I czy to możliwe, że morderstwo ma coś wspólnego
z tajemniczym odkryciem przedwojennego polskiego naukowca?

Powieść zaciekawia i wciąga od pierwszej strony. Z ciekawością zagłębiamy się w pokręconą historię odkrycia, które zmieniło życie każdego kto miał z nim styczność. Akcja powieści dzieje się we współczesnej w Warszawie, w której wraz z głównym bohaterem Bartoszem Koneckim, jego partnerem, i pozostałymi policjantami wydziału, próbujemy rozwikłać zagadkę śmierci młodej kobiety, doktorantki na wydziale fizyki. Podkomisarz Konecki próbuje nie tylko odkryć kto stoi za tym zaskakującym morderstwem, ale także uporać się z własnymi demonami przeszłości. Autor stworzył bohatera 'z krwi i kości', człowieka, który ma swoje słabości, który nie jest krystaliczny, który czuje, daje się ponieść emocjom, któremu nie wszystko się udaje, i który przeżył ogromną osobistą tragedię, po której próbuje się podnieść i żyć dalej.

Chociaż akcja ciągle przeskakuje, a to ze współczesności do przeszłości, a to jeszcze dodatkowo z W-wy do Lwowa i dalej Palestyny, Izraela, Syrii to nie wpływa to na tempo powieści. Co więcej retrospekcje są równie ciekawe, jak nie bardziej, niż bieżąca akcja. Muszę przyznać, że dla mnie historia rodziny Kochańskich, przede wszystkim losy Hanny, które dzieją się jakby cały czas w tle, była dla mnie bardziej interesująca niż współczesne wydarzenia. Autor doskonale splata je ze współczesnością, tworząc spójny obraz wydarzeń, do których doprowadziło odkrycie sprzed II wojny światowej, zapisane w małym, żółtym notesiku. Mamy w powieści wiele wątków, a jednak intryga ma sens i jest przedstawiona w przystępny dla czytelnika sposób. Historia toczy się swoim rytmem, zaciekawia, intryguje, wciąga, by powoli doprowadzać do kolejnych rozwiązań.

Powieść posiada jednak spory minus, jest nim zakończenie - absolutnie tandetne, jak z kiepskiego filmu. Czytając miałam wrażenie, że ktoś zabrał pisarzowi 'rękopis' i napisał swoje zakończenie. Zupełnie nie rozumiem... Kolejny minus muszę dać za jedną z bohaterek, której przedstawienie mnie lekko zamurowało. Kobieta policjantka, obrażana przez kolegów za wygląd, nie doceniana, traktowana z przymrużeniem oka, by (po włożeniu spódnicy i zdjęciu okularów), okazać się godną zainteresowania - słabe.

Podsumowując: Interesująca i nietuzinkowa intryga z bardzo ludzkim bohaterem. Czyta się szybko, a powieść na każdym poziomie (bohaterów, zagadki, wydarzeń z przeszłości) jest interesująca. Szkoda, że tandetnie zakończona bo to odbiera jej autentyczność. Mimo wszystko oceniam wysoko, bo wyjątkowo mnie wciągnęła.
Ocena 7/10

wtorek, 26 września 2017

Kampania ambasadorska Le Petit Marseillais

Kiedy dowiedziałam się o nowej kampanii Le Petit Marseillais bardzo się ucieszyłam i postanowiłam po raz pierwszy zgłosić swój udział. O akcji dowiedziałam się z informacji zamieszczanych przez inne blogerki. Trzeba tutaj pochwalić markę za świetny zmysł do biznesu i niezwykle profesjonalne wypromowanie całej akcji. 


Kampania tym razem, była ukierunkowana na mężczyzn, co jest genialnym pomysłem w swej prostocie, w końcu wielkimi krokami zbliża się Dzień Chłopaka. 

Tym razem pomyśleliśmy o Twojej drugiej połówce! Chcemy, żeby dzięki Tobie to Twój facet poznał świat Le petit Marseillais.
Nie czekaj, weź udział w rekrutacji i przekonaj się sama, co dla Was przygotowaliśmy!

Może tym razem uda Ci się znaleźć w gronie Ambasadorek! A potem tylko... testuj... i rozkoszuj się produktami z paczki ambasadorskiej. Z Le Petit Marseillais każda kąpiel stanie się dla Ciebie pachnącym rytuałem pielęgnacji i pozostawi skórę odżywioną, nawilżoną i pachnącą przez cały dzień. Już nie możemy się doczekać Twoich wrażeń... Gotowa na nowe wyzwania? Zaczynamy!

Zdecydowanie poczułam się zachęcona tymi słowami, więc nie namyślając się długo zgłosiłam się. Najważniejszym zadaniem, aby zostać wziętym pod uwagę przy wyborze ambasadorek, była rejestracja na portalu https://ambasadorkalpm.pl/, a następnie umieszczenie informacji o ruszeniu kampanii w mediach społecznościowych. Wszystko, prosto, łatwo, wręcz przyjemnie ;) Wystarczyło czekać na wyniki. Czekanie nie trwało długo i wkrótce mogłam się cieszyć z bycia wybraną, a co za tym idzie, oczekiwać pachnącej przesyłki.

Przesyłka od Le Petit Marseillais była ślicznie zapakowana w twardy karton, w którym pięknie wyeksponowane były dwa żele. Dla niej i dla niego.... i do tego momentu wszystko było pięknie, ładnie itd... Do paczki była dołączona książeczka, a w niej UWAGA UWAGA zadania. I to nie byle jakie. Zadania jakbym otrzymała karton żeli. Po przeczytaniu pierwszego mąż mnie wyśmiał i kazał odsyłać żele z powrotem... a ja nie wiedziałam, czy się śmiać czy płakać. Otóż:
Zad.1 Zrób zdjęcie jak wręczasz swojemu mężczyźnie żel, pokazując jego reakcję...
Zad.2 Nagraj filmik, na którym Twój mężczyzna wypowiada nazwę Le Petit Marseillais w trakcie realizacji swojej pasji...
Wszystko umieścić na portalach społecznościowych oczywiście. Czy nie żal Wam tych mężczyzn? Czy naprawdę warto dla 1 żelu robić ze swojego męża/brata/ojca/przyjaciela pośmiewisko?
 

Kolejne zdania brzmiały tak:
Zad.3 Opisz na swoim blogu lub/i na swoim profilu w mediach społecznościowych reakcję kilku znajomych mężczyzn na wybrane przez nich żele pod prysznic z męskiej linii Le Petit Marseillais
Zad.4 i 5 Raporty z rozmów z kolegami i koleżankami na temat produktów LPM...
 
Co do poznania opinii kolegów i koleżanek, to gdybym dostała jakieś próbki i mogła im je przekazać to mielibyśmy o czym rozmawiać, a tak? Mają mnie albo męża wąchać i wyrażać swoją opinię? A może uczestniczyć w naszej kąpieli? Bo jak inaczej miałabym sprawdzić ich reakcje?
Może macie jakieś pomysły? Chętnie skorzystam ;)

Nie chcę nikogo zniechęcać. Produkty LPM na pewno są ciekawe, pięknie pachną i dają chwilę przyjemności. Na blogu na pewno znajdzie się moja opinia o otrzymanym żeli, ale czy warto otrzymywać je w ramach kampanii? Zadecydujcie sami... ja mówię NIE, NIGDY WIĘCEJ kampanii LPM i żadnej innej, w której przed wysłaniem zgłoszenia nie ma podanych zadań.